Trzy dni na łowisku Oleśnikowa Dolina z karpiarze.pl

Zapraszamy na relacje Grześka oraz Adama z trzech dni które spędzili na łowisku Oleśnikowa Dolina

Nasza wyprawa zaczęła się jak każda inna. Jak zwykle – zapewne jak u większości z was – trudno było nam zasnąć dzień przed wyjazdem. Moje myśli krążyły już tylko wokół sprzętu leżącego w pokoju i miejsca w które się wybieraliśmy. Czy na pewno wszystko udało się spakować? – pytałem sam siebie. Czy o niczym nie zapomniałem? W głowie już układałem plan czym zajmę się tuż po dotarciu nad wodę, jak to wszystko będzie wyglądało. Wiem, że przecież nasz wyjazd jest głównie rekreacyjny więc nie ma stresu ani ciśnienia ale cóż, tak już mam, że wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. W końcu zmęczenie wzięło górę i udało się zasnąć, co prawda na jedyne trzy godziny ale myślę, że to i tak dużo jak na mnie. Rano większość rzeczy czekała już w samochodzie więc pozostało mi zebrać to co zostawiłem na rano – w większości elektronikę – plus prowiant z lodówki i wyruszyć. Z tego miejsca zacząłem nagrywać relację, którą możecie oglądać w powyższym filmie. Dość szybko dołączył do mnie brat i udaliśmy się w drogę nad wodę. Łowisko jak już wspomniałem w relacji znajduje się w okolicach Grójca, dokładnie 60 km od Warszawy pod miejscowością Błędów. Woda jest idealnym miejscem jeśli chcemy prawdziwie wypocząć oraz uciec od codziennego zgiełku bez konieczności pokonywania wielu kilometrów. To miejsce jest przyjazne zarówno dla zapaleńców takich jak my, początkujących wędkarzy oraz całych rodzin. Każde stanowisko posiada swoją wiatę a co drugie dostęp do prądu. Są też dwa domki dostępne dla łowiących, idealne na rodzinne wyjazdy. Na miejscu gdy tylko przyjechaliśmy czekał już właściciel łowiska – Pan Jacek, którego gorąco pozdrawiamy. Po krótkiej pogawędce ruszyliśmy na stanowisko, żeby wypakować się i rozstawić sprzęt przed opadami bo widmo deszczu krążyło nad nami od samego początku. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że za dopłatą mamy możliwość wjechania samochodem na burtę pod nasze stanowisko i pozostawienia go na cały pobyt. Oczywiście nie ma takiej konieczności a na miejscu dostępne są wózki do przewiezienia sprzętu. Szczęśliwie udało nam się wypakować przed deszczem i wytypować pierwsze miejsca, w których położymy nasze zestawy i mimo, że to tak mała woda, to naprawdę warto się nad tym wcześniej dobrze zastanowić bo wystarczy kilka metrów przenieść zestaw by odmienić los całej wyprawy. Łowiąc na stanowisku nr. 2 – bo o tym też należy wspomnieć – podzieliliśmy się z bratem sektorem i jeden z moich zestawów położyliśmy w przesmyku przy domku na wyspie – dla nas to miejsce to zawsze pewniak – i tym razem nie było inaczej ale o tym za chwilę. Moje kolejne dwa zestawy poszły na środek wody w okolice beczki / bojki i one również mnie nie zawiodły. Być może mogło być lepiej ale jednak źle nie było i to jest najważniejsze. Zestawy mojego brata Adama poszły kolejno jeden pod bojkę, jeden w rynnę płynącą środkiem wody i jeden blisko brzegu. Wiadomo jednak, że za dnia łowienie pod brzegiem wiele od nas wymaga, zwłaszcza blisko obozowiska i ciszy, która była absolutną podstawą w tym przypadku nie udało się do końca zachować, dlatego potem dokonywaliśmy pewnych roszad. Pierwsze ryby udało się złowić jeszcze tego samego dnia w którym przyjechaliśmy ale deszcz, który zaczął padać strasznie uprzykrzył nam życie. Kolejne cudowne misiaki skutecznie spędzały nam sen z powiek i chociaż niewyspani i mokrzy cieszyliśmy się z każdej nocnej rolki a tych nie brakowało. Wiecie sami jak to jest gdy dojeżdżasz nad wodę niewyspany, za dnia niewiele się dzieje ale emocje nie pozwalają wam nadrobić zaległości z nieprzespanej nocy przed wyjazdem a noc, która nadchodzi planuje znów nie pozwolić nam się wyspać ale przecież nie ma nic piękniejszego niż pełna rolada w nocy. Pierwsza noc przyniosła nam łącznie cztery rybki łowione w obrzydliwej deszczowej pogodzie w tym największe ryby bo 14 kg brata i moją 16-tkę. Gorszego scenariusza nie mogłem tej nocy zapragnąć. Gdy pierwszy sen chwycił mnie na dobre wyrwał mnie z niego głośny i ciągły pisk sygnalizatora – w panice, która przy tego typu braniach mnie nie opuszcza – założyłem buty – a muszę przyznać, że to i tak sukces bo zdarzało mi się wybiegać bez nich – i nie zważając na wszystko popędziłem w samej bluzie do wędki z przesmyku zabierając po drodze podbierak. Nie pomyślałem nawet, żeby obudzić kogoś do pomocy. Ryba jechała jak szalona a emocje rosły z każdym krokiem. Łapiąc równowagę na błocie i mokrej trawie z trudem udało mi się zatrzymać nie wpadając we własne wędki – należy dodać, że nie wziąłem z namiotu nawet odrobiny światła więc możecie sobie wyobrazić jak to wszystko wyglądało, jedynym odnośnikiem był świecący sygnalizator. Jedną ręką chwyciłem za wędkę a drugą skręcałem hamulec w kołowrotku – zacięcie – chwila niepewności i jest! Zaczynamy walkę z – jak się potem okazało – największą rybą naszej zasiadki. Biegnąc jeszcze w głowie prosiłem chyba już sam siebie, żeby ryba nie opłynęła tylko wyspy i nie zaparkowała w krzakach, których jest tam sporo. Podholowałem ją – na szczęście bez przeszkód – do mojego stanowiska i zacząłem po omacku szukać podbieraka, który to rzuciłem gdzieś w amoku, po chwili z zanurzonym już podbierakiem starałem się namierzyć rybę w tych ciemnościach. Po dwóch nieudanych podejściach w końcu trafiłem i cudowny pełnołuski karp znalazł się w podbieraku – jeszcze nie dowierzając, że mimo warunków dałem radę – udałem się do kołyski, waga po odjęciu worka pokazała trochę ponad 16kg i banan na twarzy urósł do nieznanych mi wcześniej rozmiarów. Rybka po ważeniu w świetnej kondycji szybko wróciła do wody a ja mokry ale szczęśliwy wróciłem do namiotu z myślą, że po takim braniu całą noc mógłbym już przespać spokojnie bez brań – niech mój brat teraz pobiega – pomyślałem. Poranek odsłonił całe błoto powstałe w trakcie nocnych batalii z rybkami – naprawdę poruszanie się po stanowisku stało się wyzwaniem – jednak mimo kilku akrobatycznych poślizgów nie było tak źle. Za dnia poza leszczami i pokaźnym karasiem nie wiele się działo. Najważniejsze, że przestało padać i można było – jak się później trafnie okazało – szykować się na kolejną noc. Cóż.. nie zawiedliśmy się bo w naszych kołyskach wylądowało 6 ryb w tym dwie piękne japońskie torpedy. Złowienie tej pierwszej było dla mnie nie lada atrakcją i wyzwaniem zwłaszcza, że gdy ta rzucała się już w kołysce a ja próbowałem utrzymać ją do zdjęcia całą sesję przerwał pisk centralki i po chwili udało mi się złowić kolejnego cudownego karpiszona. Co ciekawe ta sytuacja powtórzyła się jeszcze tej samej nocy w identycznym układzie amur – karp. Ostatnia noc przyniosła nam wiele radości i pozytywnego zmęczenia – dokładnie takiego jakiego tu szukaliśmy. Za dnia znów niewiele się działo i pozostało nam już tylko pakować sprzęt póki nie padał deszcz. Wieczorem oddaliliśmy się z łowiska zadowoleni i naładowani super energią. Wkrótce znów tu wrócimy głodni pięknych oleśnikowych karpi i amórów. Gorąco polecamy to urokliwe miejsce i do zobaczenia nad wodą! Pozdrawiam Grzegorz Żórawski

Komentarze

komentarzy

Zobacz również

Leave a Comment