WCZEŚNIAKI

Wcześniaki

Wiem wiem, dziwna nazwa jak na tytuł artykułu, ale ciężko było wymyśleć coś bardziej trafnego. Szczególnie że samo sedno było tematem trudnym i ryzykownym bym powiedział. Rozpoczęcie sezonu wszak u mnie nie odbywało się nigdy wcześniej jak 23 kwietnia, i to była już tradycja. I to nie z racji tego że tak to sobie wymyśliłem, choć po części też, ale bardziej z przyzwyczajeń. I trochę żałuję bo dużo mnie chyba ominęło.

Nie ma sensu wcześniej… To było moje powiedzenie. Bo woda zimna, bo i tak nie żerują bo zupa była za słona… bo tory były złe 😀 Wymówek co nie miara a era Facebooka pokazała że można a nawet trzeba. Bo przecież co rusz już nawet w lutym przychodziły meldunki i fotki od karpiarzy z pięknymi rybami.

Nasze rozpoczęcie ze znajomymi ustalone było na początek kwietnia. Bałem się powiem szczerze tego terminu z racji zmian pogodowych w marcu. Raz ciepło raz zimno, i tak cały czas jak w kalejdoskopie. Z każdym dniem który nas zbliżał do tego terminu okazywało się że będzie paskudna pogoda. Do tego dorzućmy wodę. Duże jezioro, praktycznie dzikie i zimna woda. Mimo że rybna mogła nas przywitać posuchą, bo jednak duże wody nie są najlepsze do rozpoczynania sezonu, szczególnie tak wcześnie. I ten niemiłosierny wiater J Bo było go dużo i skutecznie nam utrudniał robotę. Jednak Korzecznik, bo o tej wodzie mowa, pokazał swoje piękno i dał mi wiele do myślenia.

Przede wszystkim dlaczego do jasnej cholery tyle lat siedziałem wczesną wiosną w domu zamiast ryzykować. Powinienem spakować się i ruszać nad wodą mimo wszystko, z wiarą w kulki które mam, z wiarą w umiejętności, wiedzę i sprzęt. Przez tyle lat czekałem tylko aż się ociepli i pogoda ustatkuje. A prawda jest taka że marnowałem tylko czas. Ponieważ, jak w tym roku, mogłem już dawno łowić.

Korzecznik przywitał nas zmienną pogodą. W zasadzie tylko śniegu nie było. Ale było to czego w zasadzie nikt z nas się nie spodziewał. Brania. Były brania i było tych brań dużo. I najlepsze jest to że w zasadzie brały o każdej porze, choć najczęściej w nocy. Szok jakiego doznałem po pierwszym braniu i radość były współmierne. Przede wszystkim dla tego że najzwyczajniej w świecie się tego nie spodziewałem. Ani ja ani moja żona i reszta naszej wspaniałej bandy nie była nastawiona mentalnie że będziemy łowić. Bo jak wspomniałem.. wczesno, zimno itd. Te schematy , sami wiecie, wbijamy sobie do głowy a tu się okazało coś całkiem innego.

Od teraz już nie powiem „nie warto”. Moja żona od samego początku mówiła „będzie co będzie, nie ma co się przejmować, i w najlepszą niby pogodę potrafią nie brać, więc możemy się zdziwić”. Miała więcej wiary ode mnie. Ja bardzo sceptycznie do tematu podchodziłem I byłem mega w błędzie.

Łowiliśmy na pierwszych sześciu stanowiskach i łowiliśmy w zasadzie wszyscy. Mimo zimnej wody. Mimo zmiennej pogody. Mimo wczesnej pory. Każdy z nas próbował na różne sposoby i kulki i z czasem nawet nawiązała się mała rywalizacja. Ciche nigdy nie nazwane zawody które chyba już na stałe wejdą w nasze szeregi.

Było pięknie jednym słowem i takiego rozpoczęcia się nie spodziewałem. Nikt chyba z nas się nie spodziewał. Szczególnie że na sam koniec padła pierwsza ryba 20+ na Korzeczniku w tym roku. Ta ryba była jak wisienka na torcie, szczególnie że pobite PB i  z taką ekipą. To było zwieńczenie tych wszystkich trudności z którymi się borykaliśmy.

Sam najbardziej cieszyłem się także z tego że udało nam się razem z Agnieszką wypracować pewne rzeczy, które wczesną wiosną zaczęły działać. To nas cieszyło bo zaczęliśmy już samym tym wyjazdem łamać schemat, czyli łowić wcześnie. Jeśli do tego dołożyć świetne kulki które zrobiły robotę, przypony, węzły i sprzęt, to można powiedzieć że zrobiliśmy 100 % swojej roboty. Bo nie wiem czy wiecie ale na Korzecznik trzeba się mentalnie przygotować i sprzętowo bo jest to technicznie trudna woda. A na pewno wczesną wiosną gdzie tych ryb trzeba szukać blisko brzegów, a tam czekają niespodzianki. Dużo niespodzianek. W zasadzie mogę zaryzykować stwierdzenie, że połowa złowionych ryby była wyciąganych z pontonów w zaczepach.

Ale dzięki tym właśnie trudnościom się opłaca, bo satysfakcja jest tym większa. Oczywiście wynieśliśmy dużo nauki z tego co nas spotkało bo spinek też było dużo. Jak na karpie wcześniaki udało się trafić kilka nastek, poniżej naście i piękne waleczne jesiotry. Ogólnie o ile dobrze pamiętam to na sześć stanowisk wyjęliśmy w kilka dni ponad 30 ryb… Ten wynik chyba mówi sam za siebie. Nie wiem czy nie było więcej, na pewno ze spinkami było tego więcej.

Więc czy warto było jechać tyle kilometrów z przeświadczeniem ze jest za wcześnie na karpie? Teraz wiem że nie warto się w ogóle zastanawiać tylko jechać i łowić. Nie ważne gdzie, ważne z jakim nastawieniem. Czy to był przypadek, nie sądzę. Przypadkiem mogliśmy złowić kilka sztuk. Czy doświadczenie i praca dały wyniki? Na pewno tak. Plus odpowiednio dobrane przynęty i zestawy to praktycznie wszystko co może karpiarz uczynić. Resztę należy chyba zostawić naturze i liczyć po cichu na ten magiczny sygnał. Nam Korzecznik otworzył szeroko oczy. Teraz wiem że pora roku to nie jest już żadna przeszkoda, teraz to już patrzymy na to wszystko z całkowicie innej perspektywy. Nie ma już dla nas złej lub dobrej pory bo okazuje się że w obecnych czas jedyną przeszkodą w łowieniu okazów jest czas którego mamy coraz mniej.

Wojciech Jagiełło.

Powiązane artykuły

Ostatnie artykuły

[lsp_slider slider=first_slider]